środa, 9 listopada 2016

Noc

Szła drogą mleczną pewna, piękna dama,
w czerń smutną acz piękną była przyodziana.

A na jej szacie gwiazdy wyszywane,
piękne i złote w satynie utkane.

Bezkresna, tajemnicza szła ta owa dama,
patrząc na świat z góry smutkiem przepełniana.

Każdy na nią patrzy i każdy ją podziwia,
a wielu ludzi jej wzroku wciąż unika.
Idąc wielkim światem taka tajemnicza,
jedno pytanie z tego wynika.

Jedna zagadka, a taka zawiła
Czymże ja jestem i skąd moja siła?

piątek, 21 października 2016

Zła istota

Ciągle karmiona żalem,
wciąż nasycona złością.
Pełna goryczy,
wciąż w złym humorze.
Ni cienia uśmiechu,
ni śladu radości.
Ciągle wściekła,
i na każdego się boczy.
Czymże ja jestem?
Zgaduj szybko,
zanim i ciebie porwę
w swe sidła.
Tak potrafi wyłącznie jedna.
Jedna jedyna, przez wszystkich znana,
a wśród wielu ludzi...
... nienawiścią zwana.

środa, 19 października 2016

Miłość jest w powietrzu

Miłość to trucizna,
co w sercu się rodzi,
zatruwa mózg i inne wnętrzności.
Prowadzi do zagłady każdego bogacza,
ciągnie do śmierci każdego biedaka.
Nie ważny majątek ani pochodzenie,
ten wirus dotyka każdego śmiertelnika.

Bezsilna dziewczyna

Bólem i żalem często przepełniona,
Czując niemoc w duszy
 i bezsilność w dłoniach.
Taka młoda i smutna
w kąt łóżka siadała,
czując zapach strachu,
krew w jej żyłach wrzała.

Gdy przyjaciele się odwracają,
gdy marzenia wnet znikają.
Gdy już miłość sięga kresu,
gdy już brak śladu uśmiechu.
Tak znika sens życia,
tak znika chęć życia.
Tak ulatują wszystkie pragnienia.

Czemu rodzina cię już nie trzyma...
za rękę, gdy ciemność u nóg cię spowija?
Dlaczego przyjaciel choć miał być na wieki..
ucieka, gdy tylko ma inne pociechy?
Dlaczego i po co?
Czemu, och czemu..
siła twa znika na drodze do celu?


wtorek, 5 lipca 2016

Ostatni wschód słońca

Jak dawno temu cieszyłeś się z czegoś jak dziecko? Kiedy cieszyłeś się jakbyś wygrał 6 w totka? Kiedy naprawdę byłeś szczęśliwy? Niech zgadnę, pewnie jako dziecko, czułeś pełnię szczęścia jak rodzice kupili Ci wymarzoną zabawkę albo jak dostałeś pierwszą w życiu 5 w szkole. Takiego uczucia nie da się opisać, to jest radość tak prawdziwa jak wschód słońca o poranku. Wniosek jest krótki, człowiek dorastając zagłusza dzieciaka, który w każdym siedzi. To ten sam, który często każe Ci się śmiać do łez i wygłupiać bez względu na wiek. Ludzie nie potrafią cieszyć się z małych rzeczy. Gubią księżyc podczas łapania gwiazd. Czemu czekamy na wielkie szczęście, zamiast cieszyć się z tego co jest tu i teraz? Dlaczego kobieta czeka na oświadczyny swojego chłopaka i chodzi jak na szpilkach zamiast cieszyć się z każdej chwili z nim spędzonej? To wszystko co każdy sobie w kółko w głębi duszy zadaje. Pytania retoryczne, nie znamy na nie odpowiedzi. Tak jak pięknie ujęła to w swojej piosence pewna artystka „Cieszmy się z małych rzeczy, wzór na szczęście w nich zapisany jest.” Zmierzając do sedna tematu, człowiek pragnie wielkich rzeczy, sukcesu, pieniędzy i tak w kółko a zapomina się o najcenniejszej rzeczy w naszym życiu-  zdrowiu. Czy biznesmen chory na zapalenie płuc pójdzie na spotkanie z ważnym przedstawicielem firmy czy do lekarza? Jasne, że na spotkanie, i to jest zasadniczy błąd. Ludzie nie szanują tego co mają a jak już to tracą to zaczyna zależeć im na zdrowiu. Tego dotyczy moja kolejna opowieść.
     Minuty lecą, czas się nie spieszy a ja czekam, czekam jakby za tymi drzwiami toczyła się walka o moje własne życie, jakby za tymi drzwiami mieli wydać wyrok i miałabym trafić na szubienicę, no może nie szubienicę ale w końcu to też rodzaj śmierci. Pytacie jakiej? A oto moja skrócona historia życia. Nazywam się Anna, mam 22 lat. Obecnie jestem na trzecim roku studiów, kierunek pediatria. Uwielbiam dzieci, niezależnie od wieku, często u znajomych byłam niańką, pracowałam w przedszkolach i mam młodszego brata Antka, ma 8 lat. Mama nie pracuje od roku, kiedy zaczęła się moja ‘przygoda’ z chorobą. Jeszcze rok temu byłam wesoła, pragnącą zwiedzać świat, szukającą wszelkich przygód dziewczyną i nigdy zbytnio nie dbałam o zdrowie, lekarza widziałam jak mnie mama zaciągnęła, nigdy z własnej woli. Miałam wiele przyjaciół, fantastycznego, przystojnego faceta i myślałam, że jestem szczęśliwa. Dlaczego myślałam? Bo do szczęścia czasem brakuje jeszcze nieskazitelnego zdrowia, którego zaczęło mi brakować a wraz z brakiem zdrowia przyjaciele się odwrócili  a facet powiedział tylko jedno „ nie będę z zarazą się spotykał, jeszcze skończę JAK TY”. Po tych słowach dostał w twarz… pięścią… prosto w nos, w końcu pięć lat uczyłam się taekowondo i w końcu się przydało.
   Poprzedniego lata zaczęłam się źle czuć, bardzo wysoka gorączka, nie dająca się niczym zbić, wymioty, duszności, ciągle brakowało mi powietrza. Robiłam badania krwii, wykazały że coś jest nie tak. Zaczęłam chodzić od lekarza do lekarza. Stawiali mi różne diagnozy, zapalenie płuc, astma, gruźlica i wiele innych aż ma którymś prześwietleniu pokazał się maleńki guz, ledwie dostrzegalny na moim lewym płucu. Z początku lekarze bali się go ruszać, bo może zacząć się uaktywniać, lecz nikt wprost nie powiedział mi, że to rak więc żyłam w ciągłej nadziei, błagając Boga by to nie było to najgorsze. W końcu po paru miesiącach faszerowania mnie wszelkimi chemikaliami guz zamiast zniknąć zaczął się powiększać, więc lekarze wzięli jego wycinek, żeby móc zastosować bardziej radykalne środki. Teraz stoję pod gabinetem lekarza i czuję, że czekam na wyrok. Za chwilę wchodzę do gabinetu, lekarz z miną kata patrzy to na mnie to na mamę aż w końcu wbija wzrok w blat biurka tuż nad moimi wynikami i z ciężkim głosem mówi jakby do ściany „Przykro mi, że muszę to pani powiedzieć, ale z badań wynika, że to złośliwy guz, potocznie zwany rakiem, jest za późno na operację, mogłaby pani podczas niej umrzeć. Musimy zastosować chemię…” Cholera chyba nic więcej nie usłyszałam, ziemia zaczęła się obsuwać, zaczęło dudnić mi uszach, obraz się rozmazuje, widzę jedynie kontury twarzy przerażonego lekarza i zapłakanej matki, urwał mi się film, śniło mi się, że przyszedł do mnie mój zmarły dziadek, osoba którą bardzo mocno kochałam, przyszedł, położył mi rękę na ramieniu i powiedział „Ciii, nic już nie mów, oszczędzaj głos. Już niedługo się zobaczymy  kruszynko, a tymczasem weź wygodną poduszkę bo trochę sobie poleżysz” po czym zniknął. Mój dziadzio…
Zaczęłam krzyczeć, zalewać się łzami i wołać mojego dziadzia, żeby został, żeby mnie nie opuszczał ale ujrzałam jedynie  mamę z sinymi, podpuchniętymi oczami. Dopiero teraz zobaczyłam, jak bardzo ta kobieta się zmieniła przez ten rok. Była trochę zgarbiona, wyskoczyło jej kilka dodatkowych zmarszczek, zobaczyłam w jej złocisto brązowych włosach pasma siwizny. Kobieta, która wydała mnie na świat, spędzała ze mną większość czasu, pocieszała, śpiewała piosenki, całowała kiedy się uderzyłam, była dla mnie wszystkim. Tata informatyk był często w pracy a ona próbowała być nimi obojgiem a teraz poświęciła cały swój czas mi, jakbym była jej jedynym dzieckiem, Boże ja nie chcę odchodzić, zostawiać jej i zaczęłam płakać, nie mogłam przestać, to takie niesprawiedliwe, chcę zostać, przytulać ją, pocieszać. Ona beze mnie nie da rady, Boże ja nie chcę.
23 sierpnia
  Dzisiaj są urodziny mojej córeczki, wiem, że to już 23 lata, ale wciąż  bardzo chcę zrobić jej tort, zaprosić dziadków i świętować to tak jak każdego poprzedniego roku, ale nie mogę. Choroba ją zniszczyła, to nie to samo pogodne dziecko. To nie ta sama średniego wzrostu, piękna dziewczyna. Teraz leży w łóżku, wydaje się dużo mniejsza. Z jej przepięknych, długich, jedwabistych, kruczoczarnych włosów po ojcu została łysa głowa, po wielu chemiach. Z kremowej skóry została biała jak ściana, delikatna na światło słoneczne skóra jak papier, a z jej pięknych głębokich, niebieskich jak Bałtyk oczu zostały ciemno szare gałki, zagłębienia w oczodołach ledwo przypominające oczy młodej dziewczyny. Lubiła ćwiczyć sztuki walki , wiele razy dzięki temu potrafiła się obronić podczas spacerowania w nocy przed pijanymi natrętami, ale moja mała dziewczynka nie obroniła się przed rakiem i to płuc. Nie może już oddychać samodzielnie, robi to za nią respirator, rzadko otwiera oczy, przestała mówić. Od roku leży w łóżku, to najgorszy widok jaki matka musi co dzień oglądać. Ja wiem, że ona mogłaby jeszcze ruszać rękami i nogami albo może nawet czasem chodzić ale ona się poddała, po tym jak po ostatniej chemii rozmawiałam z lekarzem  o jej stanie i nie mieliśmy świadomości, że drzwi są uchylone a lekarz powiedział, że nie ma sensu robić kolejnej chemii bo jej ciało jest wyczerpane, a życia zostały jej góra trzy miesiące. Nie wiedziałam ,że ona to słyszała, zalana łzami weszłam do pomieszczenia i już miałam powiedzieć, że lekarz powiedział, że będzie dobrze ale nie zdążyłam powiedzieć słowa, a moja mała dziewczynka powiedziała tylko „kocham Cię mamo ale nie musisz kłamać, wiem, że lada chwila umrę” po tym gdy przyjechałyśmy do domu położyła się do łóżka i już z niego nie wstała. W ten sposób straciła wolę życia, namawiałam ją, wyciągałam na spacery, ojciec wziął urlop by być z córką, próbowaliśmy wszystkiego, nawet nasz syn Antoś ją namawiał, zawsze miała do niego słabość ale tym razem nie ugięła się pod niczyją prośbą. To była najgorsza chwila w moim życiu. Płakałam dniami i nocami, byłam bezradna. Nie wiedziałam co zrobię, jeśli jej zabraknie. Jedno jest pewne, nie przeżyję tego.
05 września                   
Anna
 Gdy nikt nie widzi, wyciągam z szafki przy moim łóżku notes i pisze o tym jak się czuję, udaje, że jestem warzywem żeby nie dawać im nadziei i tak w końcu odejdę więc chcę ich jakoś do tego przygotować chociaż trochę, zeszyt chowam w materacu. Nie mówię, nie oddycham. Dla mnie życiu już się skończyło. Miałam umrzeć 9 miesięcy temu a ja wciąż żyję, nie wiem jak to się stało. Jedno jest pewne, dziadek wtedy miał rację, ale nie wiem skąd wiedział i wczoraj znów mi się przyśnił, stał daleko na pięknej polanie i powiedział tylko „Nie smuć się wnusiu, za miesiąc będziesz ze mną oglądać wschód słońca”. To było tajemnicze, ale dzięki niemu byłam spokojna. Opanował mnie błogi spokój.

05 października
Nie wiem co mam robić, moje dziecko wciąż męczy się pod tą przeklętą aparaturą a ja nic nie mogę na to poradzić. Gdyby istniał jakiś lek, ratunek, cokolwiek. Może leczenie za granicą. Wiem! Doktor w Szwajcarii specjalizuje się w takich przypadkach choć już raz mi odmówił. Poleciałam z odrobiną nadziei na dół do gabineciku z komputerem tuż obok pokoju Ani i zaczęłam pisać e-mail i usłyszałam kroki dochodzące z Ani pokoju. Weszłam pospiesznie i co zobaczyłam? Moja Ania siedzi na łóżku po turecku z zeszytem w ręku i pisze bardzo szybko, do pokoju zaczęły wpadać promienie wschodzącego słońca a moja córcia po ujrzeniu pierwszych promieni przestała pisać, odłożyła zeszyt i położyła się, wielki blask oświecił cały pokój, zniknął momentalnie a na łóżku zostało jedynie wiotkie, maleńkie ciałko mojej córci. Obsunęłam się na podłogę i płakałam aż zatarł się obraz i obudziłam się w łóżku. Patrzę, mój zmartwiony, zapłakany mąż siedzi przy mnie a ja zdążyłam zejść z łóżka i pobiegłam do pokoju Ani, nie dawała mi spokoju jedna rzecz a mianowicie jej zeszyt i to co tam zapisała przed śmiercią. Wzięłam go do ręki i przeczytałam szybko nakreślone zdanie mojej córki „ Mamo nie płacz, kocham Was wszystkich, tam będzie mi dużo lepiej, dziadek właśnie po mnie idzie, tak jak obiecał o wschodzie słońca.”

„Nie żegnaj mnie tym wzrokiem szklanym,
Odchodzącemu uśmiech daj.
Co to za szczęście być kochanym!
I kochać, Boże, co za raj! „ – J.W. Goethe


poniedziałek, 4 lipca 2016

Nieznany raj

Jest na świecie pewne miejsce,
tam gdzie każdy znajdzie szczęście.
Tam gdzie ludzki wzrok nie sięga,
gdzie nie sięgnie żadna ręka.

Tam jest wszystko czego zechcesz,
o czym myślisz, czego pragniesz.
Tam marzenia się spełniają,
tam by chciał, lecz nikt nie może.

Tam nie pójdziesz na piechotę,
nie polecisz samolotem.
Tam jest raj o którym nie wiesz,
Wyobraźnia jest za mała, aby sobie
to przedstawić.                                                                                                                                
Tam nie martwisz się już o nic.                                            
Tam są gwiazdy takie piękne
żadna z kobiet nie dorówna
im swym wdziękiem.


                                                              "Kiedyś byłam tak młoda i bogata
                                                               W radość życia i nadzieję;
                                                               Moja siła była niezłomna,
                                                              Otwierał się przede mną cały świat."- cesarzowa Sisi

Koniec może być początkiem


„Hej to znowu ja, Kaśka. Nie wiem, który raz już się nagrywam, ale proszę oddzwoń. Martwię się o Ciebie.” Mniej więcej tak wyglądało moje ostatnie pożegnanie z najlepszą i jedyną przyjaciółką przed jej śmiercią. Tak dobrze czytacie, przed jej śmiercią. To było właściwie nieporozumienie. Tak, mówię to tak spokojnie nie dlatego, że nie była dla mnie ważna tylko dlatego, że to się stało dawno i zdążyłam się z tym oswoić, bo dwa lata temu To tylko marny początek, ale zacznę właśnie od początku. Jestem Kaśka, mam 25 lat, nie mam rodziny, przyjaciół, domu. Nie mam właściwie nic. Jestem sierotą. Nie znam rodziców. Miałam tylko ją – Klarę. Moja najlepsza, jedyna przyjaciółka, matka i siostra w jednym. Dla kogoś takiego jak ja to bardzo wiele. Obie wychowane w domu dziecka z wielkimi problemami. Zapoznałyśmy się od razu potem jak tu ją przywieźli, miała wtedy 13 lat. Ja tam byłam od zawsze. Nie wiem co było z moimi rodzicami. Po prostu ich nie było i tyle. Klary rodzice po prostu ją porzucili bo nie mogli dać sobie z nią rady mimo, że była jedynaczką, ale lubiła adrenalinę. To było jej sensem życia, po prostu spróbować życia z każdej możliwej strony i prawie jej się to udało. Była śliczną wysoką, rudą dziewczyną o czarnych, wielkich oczach, w których zawsze odbijała się iskra czystego wariactwa, kochałam w niej ten płomyk. Ja trochę wyższa od niej, krótkie bordowo – fioletowe włosy, zielone oczy. Była piękna, i była dla mnie wspaniała. 
     Po wyjściu z domu dziecka zamieszkałyśmy razem. Na obrzeżach miasta. To było dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Klara roznosiła ulotki codziennie w południe a ja pracowałam w myjni samochodowej. Jakoś ledwo nam szło ale szło. To było szczęście mieć ją, ona też wyglądała na szczęśliwą. Brakowało jej po prostu rodziców i ich miłości. To było dla niej wielkim ciosem i nigdy nie mogła się z tym pogodzić. Ciągle marzyła o jakiejś pięknej chociaż chwili w ich towarzystwie a oni byli cholernymi materialistami i ją zostawili dla kariery i dlatego, że „miała trudny charakter”, ale co to ma do rzeczy? Jak się kogoś kocha to jest się z nim na dobre i na złe a nie tylko jak jest dobrze. Ja tego problemu nie miałam, bo nie znałam rodziców i to było dla mnie lepsze bo chociaż nie cierpiałam. Jednakże zawsze mi czegoś brakowało, ale tą dziurę w sercu zawsze potrafiła zatkać Klara. Kiedy było którejś z nas źle, było smutno albo po prostu gorzej niż zwykle to wychodziłyśmy na dach bloku, łapałyśmy się za ręce i śpiewałyśmy naszą „piosenkę- pocieszankę”. Leciała mniej więcej tak: „takie z nas są dwie sierotki, co nie mają nawet kotki, mamy siebie więc i świat. Tam gdzie Ty, będę zawsze ja.”, a potem siadałyśmy na ziemi i patrzyłyśmy w niebo, marzyłyśmy, śmiałyśmy się. Wszystko w niedługim czasie prysło, jakby pstryknąć palcami i bam!. Nie ma jej, nie ma nas, nie ma nic.
Mieszkałyśmy razem pięć wspaniałych, radosnych lat. Niestety pewnego dnia wszystko się rozwaliło.
To były moje urodziny, dokładnie 12 sierpień, sobota. To był gorący dzień, pogoda piękna. Miałam już plan na ten dzień. Chciałam żebyśmy poszły na  jakiś Fast food, lody, jechać nad jezioro a wieczorem wyskoczyć do kina, akurat jakiś akcji film był, takie jakie uwielbiałyśmy. Klara tego dnia miała tylko na godzinę iść do pracy. Miała być po 13 w domu. Minęła 13, 14,…,18. Dzwoniłam kilkanaście razy. Najpierw był sygnał, ale nie odbierała a potem miała wyłączony i ciągle włączała się automatyczna sekretarka, więc się nagrywałam, ale bezskutecznie. Dokładnie o  18:34 wyszłam jej szukać. Byłam w miejscu gdzie rozdawała ulotki, w barach gdzie bywała, parkach. Dzwoniłam na wszystkie komisariaty w pobliżu i odwiedziłam wszystkie szpitale a jej nie było, nigdzie. Jak kamień w wodę. Byłam kompletnie przerażona, nie wiedziałam co robić, gdzie iść. Była 22 jak poszłam zgłosić na policję jej zaginięcie, ale oczywiście powiedzieli mi żebym zgłosiła to po 24 godzinach od zaginięcia, ale ja nie mogłam tyle czekać. Bałam się śmiertelnie. Odtwarzałam w swojej głowie najczarniejsze scenariusze, ale potem tłumaczyłam sobie, że ona mnie nigdy nie zostawiłaby. W pewnym sensie nawet miałam rację, w tym zaginięciu jej ktoś pomógł. Kiedy na drugi dzień o świcie wróciłam w miejsce rozdawania ulotek , w parku, niedaleko ławeczki znalazłam jej telefon, całkowicie rozwalony. Wszystko składało się w całość. Była w parku, a podczas rozdawania ulotek przyszło paru  chuliganów, napadło ją, pobiło a na końcu wywiozło i być może ją zabiło. To wszystko zaszło z winy jakichś potworów, którzy zabrali mi moją jedyną rodzinę – JĄ. To była idealna wersja zdarzeń dopóki nie natknęłam się na jakąś starszą panią kiedy szłam załamana, zapłakana i roztrzęsiona w stronę domu. Pewna siwa, starsza, troszkę przygarbiona kobietka podeszła do mnie, wzięła mnie za rękę i poprowadziła do ławki, po czym usiadła i kazała mi zająć obok niej miejsce, tak bez słów. Szłam za nią jak w amoku, usiadłam obok niej, spojrzałam rozżalonym wzrokiem w stylu: „straciłam jedyną rodzinę, więc czego chcesz ode mnie kobieto?!” i zaczęłam słuchać. Zaczęła od tego, że była w tym miejscu wczoraj w godzinach popołudniowych i widziała bójkę chłopaka z dziewczyną. On mówił coś o dragach a ona kompletnie temu zaprzeczała. Krzyczeli na siebie, wyzywali się, a potem on ją uderzył jednym ruchem tak mocno, że osunęła się na ziemię. Starsza pani stała akurat za pobliskim drzewem, ale nie odezwała się w obawie o siebie i tuż po tym zdarzeniu poszła z tą sprawą do straży miejskiej, przyprowadziła ich tu ale Klary i tego zbira już tu nie było, więc nie drążyła dalej i po prostu poszła. Pomyśleli, że staruszka zwariowała, ale ja jej wierzyłam. Na drugi dzień widząc, że kogoś szukam postanowiła mi o tej sytuacji opowiedzieć. Każde słowo, które mówiła ta kobieta brałam sobie do głowy, potem łączyłam, układałam zdania i przyjmowałam do wiadomości, a potem osłupiałam i zaczęłam szlochać, ryczeć, tak niewyobrażalnie ogromny ból mnie złapał za serce, że osunęłam się z tej ławki i leżałam na trawie. To tak jakby wziąć wielki kuchenny nóż i powoli wycinać sobie serce. Nie mogąc wydać z siebie żadnego dźwięku prócz szlochania. Czułam się sparaliżowana. Ta starsza pani chciała pomóc mi wstać, machała rękoma, krzyczała a ja to wszystko słyszałam jakby z oddali, jakby nie do mnie, czułam, że moja dusza się ulatnia z ciała, ale  w pewnej chwili doznałam konfrontacji z rzeczywistością. Wstałam z ziemi i biegłam, biegłam nie czując, nie słysząc, nie widząc nic. Nagle zatrzymałam się, otworzyłam oczy a potem ciemność, kompletnie urwał mi się film. Prawdopodobnie zemdlałam, ale nie jestem tego pewna.
To co zdarzyło się potem, to był czarno – biały film. Nie wiem po jakim czasie, ale obudziłam się w szpitalu. Czułam się tak źle jak nigdy w życiu. Takie zderzenie z rzeczywistością uświadomiło mnie, że jej już nie ma, że nie mam dla kogo żyć, straciłam cały sens. Jestem tu sama. Moje użalanie się nad sobą przerwał lekarz z policjantem wchodzący akurat do Sali. Młodszy aspirant Jakiś Tam usiadł na stołeczku obok mnie i powiedział, że moja przyjaciółka zginęła spod noża jakiegoś cholernego ćpuna – histeryka. Oskarżył ją o kradzież jego drag i ją po prostu zadźgał dziewięcioma dźgnięciami w okolicy żeber i serca. On ją pomylił z kimś, rozumiecie?! Ten cholerny idiota, psychopata zabił moją Klarę przez jakiś pieprzony przypadek. W tym wszystkim „najlepsze” było to, że on został warunkowo zwolniony z więzienia po dwóch miesiącach(byłam w śpiączce DWA MIESIĄCE), ponieważ w czasie tego zamachu był niepoczytalny i ten psychopata nadal sobie chodzi po ulicy. Lekarz chciał mi dać proszki na uspokojenie, ale byłam nieziemsko spokojna. Kiedy wyszli zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić, żeby Bóg zabrał mnie z tego świata. Łzy ciekły mi po policzkach, a ja modliłam się o szybką śmierć. Nie widziałam wtedy sensu dalszego życia.
Tej nocy długo nie mogłam usnąć, poprosiłam o leki nasenne pielęgniarkę, a kiedy je już dostałam szybko zasnęłam. W tym śnie było wspaniale. Była cudowna łąka, drzewa, słońce, lekki, ciepły wiaterek, pośród drzew ja, a w oddali dostrzegłam Klarę w pięknej, długiej, białej sukni na ramiączka. Miała białe włosy, była boso a w ręku miała bukiet polnych kwiatów. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to taka, że moje modły zostały wysłuchane i umarłam a teraz mogę rozkoszować się obecnością mojej „siostry” już na wieki i wtedy podeszła do mnie. Wzięła moją rękę, usiadłyśmy na trawie a ona słodkim, anielskim głosem zaczęła mówić: „Kochanie jestem przy Tobie, ale nie umarłaś, to tylko sen, mnie już nie ma na świecie, ale Ty musisz żyć. Nie przejmuj się mną. Jest mi tu o wiele lepiej niż na ziemi. Mam wszystko o czym zawsze marzyłam, a mianowicie rodziców.” Tam byli jej rodzice. Po tym jak oddali ją do domu dziecka tragicznie zginęli w wypadku samochodowym i odzyskali córkę po tej drugiej stronie. Oni odzyskali córkę a ona zyskała rodziców. Widziałam w jej oczach szczęście i wiele, bardzo wiele miłości.
Spałam cały kolejny dzień, a kiedy obudziłam się miałam w ręku mały, biały polny kwiatuszek i zaparło mi dech piersiach. Potem ujrzałam swój wypis, więc ubrałam się i po prostu wyszłam. Po dwóch miesiącach moje mieszkanie było nadal moje. Okazało się, że starsza pani z parku opłaciła mój czynsz z góry na pół roku bo jak to ona powiedziała „czułam, że dziecko wrócisz do żywych”. To taki złoty człowiek, wspaniała kobieta. Urządziłam Klarze pogrzeb, Starsza Pani we wszystkim mi pomogła za co jestem jej nadal bardzo  wdzięczna a teraz żyję powolutku. Znalazłam sobie lepszą pracę, wyszłam za mąż za wspaniałego człowieka, który też wychowywał się w domu dziecka a teraz staramy się o adopcje pewnej dwuletniej dziewczynki. Przygotowaliśmy jej już pokój i niedługo będzie nasza, a na grób Klary chodzę codziennie z moim mężem.
       Ona na zawsze pozostanie w moim sercu i wierzę, że jeszcze się z nią spotkam tam po drugiej stronie.